Autorka: Lucinda Riley
Przekład: Anna Esden-Tempska
Wydawnictwo: Albatros
Gatunek: Literatura piękna
Liczba stron: 477
Okładka: Zintegrowana
Okładka: Wpis powstał w ramach współpracy recenzenckiej z Wydawnictwem Albatros
Jestem absolutną fanką Lucindy Riley i mówię to z pełnym przekonaniem. Seria „Siedem sióstr” kompletnie mnie wciągnęła, jej sposób budowania emocji, rodzinnych tajemnic i historii, które zostają w głowie na długo, to dla mnie czysta magia. Dlatego biorę w ciemno wszystko, co wyszło spod pióra autorki, niezależnie od tego, czy to głośny bestseller, czy mniej znany tytuł sprzed lat.
Kiedy więc w moje ręce trafiła „Ballada o miłości”, wiedziałam, że chcę ją poznać nie tylko jako kolejną opowieść o wielkich uczuciach, ale też jako kawałek literackiej historii autorki, którą uwielbiam. Tym bardziej kusiło mnie, by zobaczyć, jak Lucinda Riley (jeszcze zanim „Siedem sióstr” podbiło świat) opowiada o miłości, stracie i cenie marzeń i czy ten charakterystyczny, emocjonalny sposób opisywania historii będzie tu równie mocny.

„Ballada o miłości” to historia, która zaczyna się bardzo „przyziemnie” i lokalnie, a potem coraz mocniej rozlewa się na szerszy świat, emocji, ambicji i konsekwencji decyzji podejmowanych pod wpływem serca. Na pierwszym planie mamy Keirę, dziewczynę wychowaną w surowej, dość ciasnej społecznie irlandzkiej wiosce. To miejsce, gdzie ludzie wszystko wiedzą o wszystkich, a opinia sąsiadów potrafi ważyć więcej niż własne pragnienia. Keira zna zasady tego świata i wie, jak łatwo można zostać „skreślonym”, ale miłość do Cona (lokalnego muzyka, charyzmatycznego i utalentowanego) sprawia, że nagle te zasady przestają mieć dla niej znaczenie. Ich uczucie nie jest tylko romantycznym zauroczeniem, raczej czymś, co pcha ich do ryzykownej decyzji: ucieczki i rozpoczęcia życia od zera.
Kiedy przenosimy się z Irlandii do Londynu, książka zmienia rytm. Zamiast wiatru i klifów pojawia się miasto, które obiecuje wszystko, a jednocześnie nie daje nic za darmo. Keira i Con zderzają się z biedą, brakiem stabilności i tą specyficzną samotnością, która potrafi dopaść nawet wtedy, gdy jest się „we dwoje”. Najciekawsze jest to, że autorka nie robi z tego pocztówki o romantycznych marzeniach, tylko pokazuje, jak codzienność potrafi podgryzać wielkie uczucia: drobne rozczarowania, zmęczenie, poczucie nierówności w związku, narastające napięcia. A potem przychodzi moment przełomu – Con zaczyna odnosić sukces w muzyce i od tego punktu ich relacja wchodzi na zupełnie inne tory, bo sława i pieniądze zmieniają nie tylko styl życia, ale też ludzi.
Fabuła jest skonstruowana tak, że oprócz historii „tu i teraz” dostajemy też drugi plan: tajemnicę, niepokój i cień przeszłości, który wraca w najmniej spodziewanym momencie. Wraz z karierą Cona pojawia się atmosfera zagrożenia – ktoś ewidentnie ma wobec niego wrogie zamiary, a pewne sekrety mogą wysadzić w powietrze wszystko, co zbudował. To nie jest więc wyłącznie opowieść obyczajowa o związku, tylko także historia o tym, jak dawne wybory i cudze urazy potrafią po latach uderzyć w najmocniejszy punkt: w miłość, bezpieczeństwo i reputację. Autorka prowadzi czytelnika tak, byśmy cały czas czuli, że za błyskiem sceny i fleszami jest coś niepokojącego, czego jeszcze nie znamy.

Dużą atrakcją książki jest tło muzyczne i show-biznesowe, bo londyńskie lata sześćdziesiąte nie są tu tylko dekoracją. Widzimy kuszącą stronę sukcesu, blichtr, możliwości, nowe znajomości, ale też jego koszt: presję, pokusy, utratę prywatności i to, jak łatwo w takim środowisku zgubić siebie. Ciekawie wypada też wątek reaktywacji zespołu i koncertu charytatywnego na Wembley, który spina przeszłość z teraźniejszością. Motyw „wielkiego powrotu” jest tutaj jednocześnie ekscytujący i niebezpieczny, bo z jednej strony daje nadzieję na domknięcie historii, a z drugiej sugeruje, że pewne rzeczy lepiej zostawić w ukryciu.
Co podobało mi się w tej powieści? Przede wszystkim dostajemy opowieść o miłości w różnych odsłonach – tej młodzieńczej, odważnej i trochę naiwnej, ale też tej dojrzałej, naznaczonej stratą, wspomnieniem i żalem. Książka pokazuje, jak relacja zmienia się w czasie: kiedy pojawia się kariera, gdy rosną oczekiwania, gdy jedno z partnerów staje się „kimś”, a drugie próbuje nie zniknąć w jego cieniu. Jest tu sporo o samotności, tej społecznej (kiedy czujesz się obcy), tej emocjonalnej (kiedy nie możesz do końca powiedzieć, co boli) i tej, która bywa paradoksalnie najdotkliwsza właśnie w środku związku. No i jest też temat ceny wyborów: czasem uciekasz po szczęście, ale rachunek przychodzi po latach, kiedy najmniej się go spodziewasz.
Jeśli chodzi o mocne strony Lucindy Riley w tej historii, to zdecydowanie umiejętność prowadzenia emocji tak, żeby nie były „wydumane”, tylko miały ciężar. Nawet kiedy dzieje się dużo, autorka lubi wracać do tego, co w środku, do pragnień, rozdarć, wstydu, żalu, tęsknoty. Potrafi też zestawiać kontrasty, surową Irlandię i rozświetlony Londyn, intymność prywatnych decyzji i publiczną maszynę show-biznesu, dzięki czemu czytelnik czuje, że bohaterowie są wciągani w świat większy od nich.

„Ballada o miłości” to powieść osób, które lubią powieści obyczajowe z mocnym ładunkiem emocji, ale niekoniecznie cukierkowe. Dla czytelników, którzy chcą romansu, tylko że z komplikacjami: z konsekwencjami, z czasem, który zmienia ludzi, z cieniem przeszłości. Spodoba się też tym, którzy lubią klimat muzyczny i opowieści o sławie od kuchni – nie jako spełnione marzenie, ale jako coś, co potrafi równie mocno budować, co niszczyć. No i oczywiście: jeśli ktoś kocha Lucindę Riley za „Siedem sióstr”, bo ta książka jest fajną okazją, żeby zobaczyć ją w trochę innym wydaniu – bardziej surową, bardziej, ale nadal z tym charakterystycznym talentem do snucia historii, w której serce ciągnie do przodu, nawet gdy rozsądek krzyczy, żeby zawrócić.