Autorka: Kate Morton
Przekład: Anna Dobrzańska
Wydawnictwo: Albatros
Gatunek: Literatura piękna
Liczba stron: 544
Okładka: Twarda
Okładka: Wpis powstał w ramach współpracy recenzenckiej z Wydawnictwem Albatros
Seria butikowa od wydawnictwa Albatros to jest dokładnie ten moment, kiedy książka przestaje być tylko nośnikiem treści, a staje się przedmiotem do kochania. To edycje, które aż proszą się, żeby je trzymać na wierzchu, na stoliku, komodzie, przy łóżku, zamiast chować w drugi rząd na półce. Widać w nich coś, co dziś rzadkie: prawdziwą celebrację książki jako przedmiotu. Staranna szata graficzna, przemyślane kolory, dopracowana typografia, okładki, które wyglądają jak małe dzieła sztuki.
W przypadku powieści „Córka zegarmistrza” to widać na każdym kroku. Od pierwszego wzięcia książki do ręki czuć, że ktoś tu zadbał o detale – od projektu okładki, przez obwolutę, aż po ogólne wrażenie z czytania powieści. Ten tytuł idealnie wpisuje się w ideę serii butikowej: ma być pięknie, nastrojowo, z klimatem, który pasuje do literackiej treści.

Kate Morton bawi się czasem i perspektywą. Z jednej strony mamy lato 1862 roku, grupę młodych artystów i jedno z tych „feralnych wydarzeń”, które na zawsze odciskają się na miejscu: śmierć, zniknięcie, kradzież, złamane życiorysy.
Z drugiej, ponad 150 lat później, młoda archiwistka Elodie, która trafia na skórzaną torbę z fotografią tajemniczej kobiety i szkicownikiem z rysunkiem domu nad zakolem rzeki. Autorka nie opowiada tego linearnie. To raczej mozaika – fragmenty historii różnych osób, z różnych epok, z różnych punktów widzenia, które stopniowo układają się w obraz większej tajemnicy. Kluczem jest Birchwood – dom, który staje się czymś więcej niż tłem, jest niemal osobnym bohaterem. Przez jego wnętrza przewijają się postaci z czasów wiktoriańskich, z okresu I wojny światowej, aż po współczesność. Każda z tych osób zostawia po sobie ślad, a dom „pamięta”.
Najciekawsze jest to, że narratorką (i zarazem świadkiem) jest Birdie Bell – tytułowa córka zegarmistrza. Jej głos spaja te wszystkie wątki, przeskoki w czasie, losy artystów, dzieci, żołnierzy, wdów, uczonych. To opowieść o morderstwie, o zuchwałej kradzieży i o wielkim skandalu w świecie sztuki, ale równie mocno – o tym, jak jedno dawne lato potrafi odcisnąć się na losach ludzi, którzy nawet nie byli jeszcze wtedy na świecie.

“Córka zegarmistrza” to nie jest powieść „do połknięcia w dwa wieczory”, raczej taka, w którą trzeba się zanurzyć. Kate Morton stawia na atmosferę – gęstą, trochę melancholijną, pełną zachwytów nad światłem, miejscem, detalem. To widać w języku, który jest bardzo obrazowy, momentami wręcz liryczny.
Struktura wielogłosowa jest odważna, bo łatwo się na tym potknąć, przy tylu perspektywach zawsze jest ryzyko, że ktoś wypadnie papierowo. U Kate Morton większość postaci wybrzmiewa bardzo wyraźnie – Leonard, weteran I wojny, jest świetnie napisany, jego refleksje o wojnie, o kruchości życia zostają w głowie na długo. Lucy z kolei świetnie pokazuje, jak bardzo ograniczały kobiety konwenanse XIX wieku. Jedyną uwagę jaką mam to postać Elodie – jej wątek mógłby być mocniej dopracowany, bardziej domknięty – szczególnie jeśli chodzi o relację z ojcem, kwestię jej narzeczeństwa, decyzji, jakie podejmuje na końcu. To jest chyba jedyny wyraźniejszy zgrzyt: to, że ostateczne losy niektórych bohaterów pozostają w sferze domysłu.

“Córka zegarmistrza” to idealna lektura dla czytelnika, który nie goni za akcją, tylko za atmosferą. Dla kogoś, kto lubi, gdy powieść otula lekką melancholią, poczuciem tęsknoty za czymś utraconym, a jednocześnie cichą nadzieją, że pewne rzeczy (wspomnienia, miejsca, uczucia) potrafią przetrwać ponad czasem. Jeśli lubisz Kate Morton, sagi rodzinne, piękne wydania i książki, które się przeżywa, a nie tylko „odhacza” – „Córka zegarmistrza” jest dla Ciebie.