Autor: Tom Rob Smith
Przekład: Robert Ginalski
Wydawnictwo: Albatros
Gatunek: Thriller postapokaliptyczny
Liczba stron: 446
Okładka: Zintegrowana
Współpraca: Wpis powstał w ramach współpracy recenzenckiej z Wydawnictwem Albatros
Uwielbiam thrillery, bo lubię, kiedy w powieści stawka jest wysoka, a decyzje bohaterów mają realne konsekwencje. A jeśli do tego dochodzi postapokalipsa, to jest dla mnie strzał w dziesiątkę. Bo wtedy zagrożenie nie dotyczy jednej osoby czy jednej sprawy, tylko całego świata i jego bezpieczeństwa. Wszystko jest prostsze i brutalniejsze jednocześnie, liczą się zasoby, lojalność i oczywiście instynkt. I najbardziej wciąga mnie to, że w takich historiach ludzie pokazują prawdę o sobie szybciej niż gdziekolwiek indziej (szczególnie kto potrafi współpracować, a kto panikuje).
Dlatego historie, które łączą napięcie thrillera z dystopijną wizją świata działają na mnie najmocniej, trzymają w emocjach, a jednocześnie od razu myślę, co ja bym zrobiła, gdyby nagle zniknęły wszystkie zasady.

“Dzieci lodu” Toma Roba Smitha to historia o końcu świata, który spada z nieba jak rozkaz. W lecie 2023 roku na Ziemię przybywają Obcy. Dają ludzkości trzydzieści dni na dotarcie do jedynego miejsca, gdzie wolno jej jeszcze istnieć: Antarktydy. To uruchamia masową ucieczkę. W centrum opowieści są zwykli ludzie wrzuceni w sytuację bez wyjścia, którzy muszą zdecydować, co zabierają ze starego życia i co są w stanie zostawić za sobą.
Pierwsza warstwa tej książki to opowieść o przetrwaniu i budowaniu od zera. Antarktyda nie jest tu romantycznym pustkowiem. To miejsce, które wymusza dyscyplinę (głównie przez ograniczone zasoby i zimno). Podoba mi się motyw, jak szybko bohaterowie potrafią się zorganizować, gdy z dnia na dzień muszą powstać nowe zasady, a co za tym idzie, zawsze ktoś będzie chętny na uzurpowanie sobie władzy.
Druga warstwa podkręca stawkę, pojawia się projekt nowego pokolenia istot przygotowanych do życia w ekstremalnym klimacie. Wątek genetycznego “przystosowania” jest bardzo dobrym pytaniem o granice, czy wolno tworzyć człowieka pod potrzeby środowiska i polityki? Kiedy ratunek staje się eksperymentem, a eksperyment narzędziem kontroli? I wreszcie: jeśli powstanie ktoś silniejszy, bardziej odporny, lepiej dopasowany do nowej rzeczywistości, to czy będzie po naszej stronie, czy uzna nas za etap przejściowy?
To, co wciąga w tej historii, to stałe poczucie presji czasu i konsekwencji. Najpierw jest wyścig, by przeżyć i dostać się w bezpieczne miejsce, potem walka o utrzymanie kruchej cywilizacji, a na koniec pytanie o to, kto zdefiniuje człowieczeństwo w świecie po katastrofie. Książka działa, ponieważ te problemy nie są abstrakcyjne, każdy wybór ma koszt, a dobrych rozwiązań prawie nie ma. Znajome? :) Nawet gdy pojawia się nadzieja na nowy początek, autor pokazuje, jak łatwo wracają stare mechanizmy takie jak strach, czy przemoc usprawiedliwiana wyższą koniecznością.

W gruncie rzeczy “Dzieci lodu” to opowieść o społeczeństwie odciętym od reszty świata, obserwującym siebie w lustrze i próbującym nie powtórzyć historii. Obcy są tu bardziej zapalnikiem niż głównym przeciwnikiem. Najważniejsze pytania dotyczą ludzi: co zrobimy, kiedy skończy się komfort, a zostanie tylko wspólnota albo samotność?
Świetnie się bawiłam przy tej lekturze. Książka wciągnęła mnie od początku i dała mi dokładnie to, czego szukałam, dużo napięcia, szybkie tempo i poczucie, że cały czas coś jest na szali. Doskonałe postapokaliptyczny z elementami S-F!