Wywiad z Martą Motyl autorką książki “Sztuka prowokowania”

Tytuł: Sztuka prowokowania
Autorka: Marta Motyl
Wydawnictwo: Lira
Liczba stron: 381
Okładka: Twarda
Rok wydania: 2021
Wpis powstał we współpracy z wydawnictwem Lira.

Marta Motyl, pisarka i historyczka sztuki, dała się poznać czytelnikowi dzięki esejom o erotyce w malarstwie i grafice. Tym razem zamiast Sztuki podglądania otrzymujemy równie interesującą Sztukę prowokowania, która zaciekawi nie tylko przepiękną formą, ale przede wszystkim wnikliwymi obserwacjami.

Zapraszam Was gorąco do przeczytania wywiadu z Martą Motyl:

Beata Skrzypczak: Z wykształcenia jesteś historyczką sztuki. Czy od zawsze miałaś takie pragnienia, by zajmować się sztuką, czy to wyszło przypadkiem?

Marta Motyl: Początkowo zajmowałam się sztuką w praktyce, rysując i malując. Nie tylko będąc dzieckiem, ponieważ jako nastolatka pragnęłam zostać malarką. Z tym, że moja wizja coraz bardziej rozmijała się z moim wykonaniem obrazu. Przerażała mnie droga, którą musiałabym przejść, żeby poczynić większe postępy, na przykład na odpowiednim kursie. Dlatego, że czasami odrzucało mnie od prac spod własnej ręki – jak więc miałabym je doskonalić?

Jednak to nie zmieniło mojego zainteresowania sztuką. Kiedy w klasie maturalnej zastanawiałam się, jaki kierunek studiów wybrać, na prowadzenie wysunęło się dziennikarstwo. O studiach z historii sztuki myślałam raczej w kategorii marzenia nie do spełnienia, ponieważ uważa się je za szczególnie „nieżyciowe”. Jako dziennikarka pragnęłam pisać artykuły poświęcone sztuce.

Pisanie nie stawiało mi oporu. Kiedy poświęciłam się mu poważniej, okazało się, że mogę malować słowami i efekty tego o wiele bardziej mnie zadowalają. Poza tym doświadczyłam już na własnej skórze, że szlifowanie twórczości wymaga czasu i pokory. A plastycznie zaczęłam realizować się, tworząc papierowe kolaże.

Wracając do kwestii studiów dziennikarskich, chociaż po pierwszym roku udało mi się zdobyć stypendium naukowe, nie odpowiadały mi. Wydawało mi się, że dowiaduję się na nich o wszystkim i o niczym. Oburzało mnie narzucanie odbiorcom przez media, jakie informacje mają poznawać, w jakim kształcie, w jakiej kolejności i, tym samym, w jaki sposób mają postrzegać rzeczywistość. Nawiasem mówiąc, warto być wyczulonym na te mechanizmy. Ponadto nie znosiłam wykładów poświęconych polityce. Nie chciałam również poznawać technik manipulacji, a takie zajęcia miały mnie czekać na drugim roku studiów.

Po prostu zbuntowana idealistka w sensie ścisłym… Odnosiłam coraz silniejsze wrażenie, że nie dopasuję się do stereotypowego wizerunku dziennikarki. Nosiłam wtedy ubrania czerpiące z estetyki subkultury punkrockowej i gotyckiej. Z powodu wyglądu byłam wytykana palcami na ulicy, zdarzały się także niemiłe komentarze, żeby nie powiedzieć: wyzwiska, w moją stronę. Mimo tego, że miałam wspierający krąg przyjaciół, czułam, że dla wielu ludzi jestem i będę dziwaczką, z różnych względów.

Często wyczekiwałam wtedy chwili, kiedy będę mogła wreszcie poczytać o sztuce. Oczarował mnie surrealizm. Tam odnalazłam pole wolności, której bardzo pragnęłam. Ponadto nadal chciałam pisać o sztuce – a co ja wtedy o niej wiedziałam? Stąd wzięłam urlop dziekański na dziennikarstwie i przeniosłam się na wymarzone i, koniec końców, wywalczone studia z historii sztuki.

Studiując ten drugi kierunek, nigdy nie poczułam, że „ja tu nie pasuję”. Zwłaszcza, że niektóre studentki przychodziły wystylizowane jeszcze ciekawiej ode mnie ;).

BS:„Sztuka prowokowania” ma taki ciekawy podtytuł „Tworzyli, bulwersowali, zachwycali…” Kiedy powstał pomysł na napisanie tej książki?

MM: Najpierw napisałam „Sztukę podglądania”, a opublikowało ją wydawnictwo Lira. Kiedy właściwie od razu została ona bardzo dobrze przyjęta, razem z wydawcą zastanawialiśmy się nad kolejną książką z serii. Miałam kilka pomysłów, ale za grzecznych! Tak! Wrażenie, że teraz, dla odmiany, robię się nudziarą, podziałało mi na ambicję. Czułam w sobie twórcze napięcie, nie spałam, rozmyślałam, aż wreszcie, na zupełnym zmęczeniu, przyszedł pomysł. Właśnie „Sztuka prowokowania”.

Z tym, że prowokowaniem w sztuce zajmowałam wcześniej, w pracy magisterskiej poświęconej prowokacyjnym lalkom w plastyce XX i XXI wieku. Jej promotor uważał że, po pierwsze, powinnam pisać o sztuce, a po drugie, spróbować opublikować moją pracę w wydawnictwie komercyjnym. Myślę, że gdyby nie jego słowa, nie ośmieliłabym się rozesłać tekstu o lalkach do wydawnictw. Niestety plan nie powiódł się, z tego względu, że bardzo duża ilość ilustracji generowała bardzo duże koszty wydania.

Jednak pewnie z powodu tematu pracy magisterskiej, po kilku latach od skończenia studiów przyszedł do mnie akurat taki, a nie inny pomysł na książkę, pozwalający podjąć kwestię prowokacji w sztuce znacznie szerzej.

BS: Jak wygląda przygotowanie do napisania książki o sztuce? Jak wygląda research?

MM: Najpierw wybieram artystów i dzieła pasujące do głównego motywu książki. Wypisuję wtedy własne pomysły, a dla ich uzupełnienia przeglądam książki, albumy, strony internetowe. Zapisuję w odrębnym folderze pasujące dzieła i dokonuję ich selekcji. Czasem wyobrażam sobie wtedy, że przygotowuję wystawę na określony temat i zastanawiam się, czym zainteresować zwiedzającego? Co zrobić, żeby taka ekspozycja była i różnorodna wewnętrznie, i stanowiła spójną całość?

Moje materiały do pracy nad samym tekstem książki obejmują nie tylko publikacje z historii sztuki, ale i, szerzej, z humanistyki, a do tego prozę i poezję. Poszukuję ich w swoich zbiorach, w bibliotekach, w internecie. Teraz jest o tyle łatwiej, że trafia do niego również wiele artykułów naukowych. Jednak nie gardzę żadnym źródłem informacji, dlatego że nigdy nie wiadomo, gdzie trafi się na ciekawostkę czy przydatny trop do dalszej pracy. Stąd lubię przeglądać blogi i posty na Facebooku, Instagramie, Twitterze.

Wynotowuję także własne skojarzenia, w tym z pasującymi mi do „dzieła-bohatera” utworami literackimi czy muzycznymi, najczęściej podejmującymi analogiczny motyw i kreującymi podobną atmosferę. Zdarza mi się czerpać przydatne wiadomości również ze swoich starszych tekstów o sztuce.

Dla przykładu, do napisania rozdziału o „Impresji, wschodzie słońca” Claude’a Moneta w „Sztuce prowokowania” potrzebowałam nie tylko materiałów poświęconych artyście i impresjonizmowi, ale również przypomnienia sobie „Fal” Virginii Woolf i zagłębienia się w utwór „La Mer” [„Morze”] Claude’a Debussy’ego, żeby przeprowadzić odpowiednie porównania. Albo, żeby uzasadnić skojarzenie Chrystusa z „Sądu Ostatecznego” Michała Anioła z dyrygentem chóru, zgłębiałam artykuł naukowy traktujący o komunikacji między dyrygentem a chórem.

Opatrzona skanami i notatkami siadam do pisania danego rozdziału, a w jego trakcie zwykle jeszcze uzupełniam informacje. Pod koniec takiej pracy zabieram się za gromadzenie i poznawanie materiałów do następnego rozdziału.

BS: Czy osoba nieznająca się na sztuce będzie miała problemy ze zrozumieniem twoich esejów?

MM: Nie będzie ich miała, ponieważ piszę je w przystępny sposób. Jeżeli zahaczam o pojęcie z historii sztuki, zaraz je tłumaczę. Kiedy przedstawiam dane dzieło, przybliżam, do jakiego kierunku w sztuce należy i jakie jego właściwości o tym świadczą. Nauczyłam się tego podczas współpracy z Fundacją Audiodeskrypcja, udostępniającą na portalu iSztuka wiadomości o znanych dziełach sztuki wszystkim zainteresowanym, w tym osobom niewidomym i słabowidzącym.

Jeszcze przed nawiązaniem tej współpracy chciałam, żeby moje teksty nie były hermetyczne, lecz zrozumiałe dla każdego, kto po nie sięgnie. Zwłaszcza, że pisywałam również wstępy do katalogów wystaw i liczyłam się z tym, że będą poznawać je różni odbiorcy.

Jednocześnie pragnę, żeby i osoby bardziej zaawansowane w relacji ze sztuką nie nudziły się podczas lektury moich książek, lecz poczyniły dla siebie nowe odkrycia. Tutaj przydaje mi się właśnie bardzo lubiane przeze mnie łączenie plastyki z prozą, poezją, muzyką.

BS: Czy to, co nas dzisiaj bulwersuje w tych obrazach, na przykład nagość, to było coś, co równocześnie bulwersowało ludzi w epoce, w której powstawały te dzieła?

MM: Zwykle przyjmujemy dzieła, które prowokowały dawniej, o wiele łagodniej, ponieważ do naszych czasów w sztuce przekroczono kolejne granice, tak jeżeli chodzi o formę, jak i o treść. Jednak nieco przewrotnie podam przykłady dzieł, które właśnie nie bulwersowały w swojej epoce, a mogą bulwersować dzisiaj.

„Pochodzenie świata” Gustave’a Courbeta, przedstawiające realistycznie namalowane kobiece łono, w swoich czasach, a powstało w 1866 r., nie siało powszechnego zgorszenia, ponieważ zostało wykonane na zlecenie prywatnego kolekcjonera i było eksponowane przez niego bardzo wąskiemu gronu odbiorców. Kiedy obraz przechodził z rąk do rąk kolejnych właścicieli, nadal oglądali go nieliczni. W salach muzealnych, a dokładniej w Musée d’Orsay, pojawił się dopiero w latach 90. XX wieku. Mimo tego, że dzieło jest eksponowane publicznie, ciągle jest cenzurowane w mediach, w tym społecznościowych, czego sama doświadczyłam, promując „Sztukę podglądania”.

Z kolei „Madonna z Dzieciątkiem wśród Aniołów” Jeana Fouqueta ze „Sztuki prowokowania” to dzieło z połowy XV wieku. Fouquet jako Madonnę sportretował Agnès Sorel, faworytę króla Karola VII, i to na zamówienie innego kochanka kobiety, skarbnika królewskiego Étienne’a Chevaliera. Przez długi czas obraz Fouqueta wisiał w miejscu sakralnym. I co? I nic… Zresztą wielu malarzy portretowało jako Madonny prostytutki. Kiedy sprawa wychodziła na jaw i ksiądz decydował o usunięciu takiego obrazu z kościoła, zdarzało się, że wierni protestowali. To już była ich Madonna i koniec! Dzisiaj posiadamy o wiele większy dostęp do wiedzy o sztuce, połączenie świętości z erotycznością wielu uważa za szokujące, stąd zapewne obecność obrazu Fouqueta w kościele zostałaby głośno oprotestowana.

BS: Autorzy takich obrazów często grali na emocjach, czy bulwersowali celowo?

MM: Czasem autorzy kontrowersyjnych dzieł mieli na celu wyłącznie zrealizować się twórczo czy poprowadzić sztukę w nowe przestrzenie. Nie zamierzali wywołać skandalu. Édouard Manet zarzekał się, że wcale nie chciał prowokować, pokazując w 1865 r. na paryskim Salonie, uważanym za wiodące wydarzenie w świecie sztuki, „Olimpię”, czyli wysokiej klasy prostytutkę ujętą w pozie właściwej dotąd przedstawieniom bogini Wenus. Po prostu należał do malarzy życia nowoczesnego, wielkomiejskiego, a tym samym motywy z niego wprowadzał w obrazy. Cóż, obejmowało ono też prostytucję.

Edvard Munch, malując pod koniec XIX wieku „Krzyk”, pragnął zaprezentować przeżycie ze spaceru, podczas którego miał wrażenie, że poczuł krzyk przebiegający przez naturę. Wtedy naprawdę miało miejsce niezwykłe zjawisko na niebie, mianowicie pojawiły się na nim barwne obłoki perłowe. A jednak część odbiorców uważała (i pewnie uważa) Muncha za „wariata”. Owszem, cierpiał na problemy psychiczne, jednak to nie powinno degradować jego twórczości. Sam napisał na jednej z wersji „Krzyku” ołówkiem inskrypcję: „To mogło zostać namalowane tylko przez szaleńca!”. Popełnił ją prawdopodobnie po wysłuchaniu pewnej dyskusji o swoim obrazie. Dopóki technologia nie umożliwiła dokładnego zbadania napisu, badacze biedzili się, kto jest jego autorem. A to wrażliwość, a zarazem ironia Muncha dała o sobie znać.

Z kolei Marcel Duchamp celowo prowokował swoimi realizacjami z gatunku „ready made”. Obwoływał dziełami sztuki przedmioty gotowe, często wytworzone fabrycznie, w tym pisuar, który zatytułował „Fontanną” (1917 r.) i sygnował nazwiskiem jego producenta. Poprzez dość złożoną, ze wszech miar przemyślaną prowokację doprowadził do tego, że „Fontanna” została uznana za dzieło sztuki. Jednak nie zrobił tego dla samej zgrywy, lecz po to, żebyśmy na nowo określili status dzieła sztuki, a także uwolnili je od funkcji „służalczych” – bo dotąd dzieło służyło odbiorcom, czy to swoją estetyką, czy wzruszaniem, czy moralizowaniem, czy zyskaniem dobrej ceny i wzbogaceniem finansowym swego właściciela. Czym mogła służyć taka „Fontanna”, poza prowokowaniem?

Znowu więc wszystko zależne jest od danego dzieła i jego autora. Historie, o których wspominam, rozwinęłam w „Sztuce prowokowania”.

BS: Jesteś również autorką erotyków, skąd więc taka zmiana kierunku?

MM: Kiedy w mojej twórczości dominowały powieści, nadal pisałam teksty poświęcone sztuce, na zlecenia artystów, instytucji kultury czy właśnie fundacji. Praca nad nimi nie była więc dla mnie nowiną.

Przed wydaniem „Kolekcjonerki” miałam spotkanie w wydawnictwie Lira, na którym omawialiśmy zarówno kwestie związane z tą powieścią, jak i kolejne wspólne działania. Akurat w tym czasie realizowałam zlecenie na mini-albumy tematyczne, również przeznaczone dla niewidomych, na potrzeby Stowarzyszenia De Facto. Jeden z nich poświęciłam zmysłowym duetom w sztuce.

Kiedy na zebraniu w Lirze zostałam zapytana o dalsze plany, podzieliłam się marzeniem napisania książki o sztuce, na przykład o zmysłowości w sztuce. Tak zaczęła się praca nad kształtem późniejszej „Sztuki podglądania”. Najbardziej poruszył mnie chyba moment, kiedy, po zatwierdzeniu przez zespół Liry mojej koncepcji, przesłałam pierwszy proponowany rozdział książki i został przyjęty pozytywnie. Mogłam dalej pisać własną książkę o sztuce!

Ponadto uznałam, że moje przejście od powieści erotycznych (a właściwie erotyczno-psychologicznych) ku esejom o erotyce w sztuce, którym poświęciłam „Sztukę podglądania”, nie będzie bardzo druzgocące dla dotychczasowych czytelników. Znali moje zainteresowania, w tym dlatego, że w prozie podejmowałam również wątki związane ze sztuką.

Moje eseje zostały przyjęte o wiele lepiej niż moje erotyki. „Sztuka podglądania” w okolicach swojej premiery znalazła się na pierwszym miejscu empikowej listy przebojów, czyli TOP 100, w kategorii „historia sztuki”, co było dla mnie znakiem, że wybrałam, że wybraliśmy dobry kierunek.

BS: Gdzie leży granica między prowokowaniem i bulwersowaniem, a wulgaryzmem?

MM: Trudno mi tutaj o generalizację, ponieważ w zależności od epoki ta granica leżała gdzie indziej. Pod koniec renesansu niektórym wulgarny wydawał się wspomniany „Sąd Ostateczny” Michała Anioła, ponieważ artysta pokazał świętych nago, do tego w dynamicznych pozach, dla wielu zbyt nieprzyzwoitych, obrażających świętość i odciągających uwagę od modlitwy. A zatem wulgarność w samej Kaplicy Sykstyńskiej! Inni ówcześni widzowie okrzyknęli „Sąd” dziełem genialnym.

Myślę, że podobnie dzieje się dzisiaj, to znaczy ta granica zależy od wrażliwości jednostki. Obecnie wulgarność może zresztą stanowić specjalnie wybrany środek wyrazu, który ma za zadanie prowokować i bulwersować właśnie, odrywając odbiorcę od estetycznych i etycznych przyzwyczajeń. Dla mnie więc nie ma tej granicy, jest płynność.

BS: Jak długo zajęło ci napisanie Sztuki Prowokowania?

MM: Około ośmiu miesięcy, podczas których nie zajmowałam się niczym innym.

BS: Jestem ciekawa, czy powstanie kolejna część z tego cyklu o sztuce.

MM: Najprawdopodobniej tak, wydawnictwo Lira przyjęło mój najnowszy projekt i biorę się do pracy.

BS: Jakie elementy są najprzyjemniejsze podczas pisania?

Dla mnie jest to moment nadejścia pomysłu na książkę, ten nagły błysk. A później tworzenie koncepcji – i znowu błysk – kiedy wpada do ręki puzzel, czy to dzięki rozmowie, czy swobodnemu skojarzeniu, prowadzącemu dalej. Wtedy wszystko spaja się wreszcie w jedność. Natomiast podczas samego pisania najbardziej lubię poczuć „flow”, kiedy nie korzystam z przygotowanych materiałów, a z tego, co wiem, myślę, czuję.

BS: Jaki jest twój ulubiony moment w promocji książki?

MM: To dzień premiery, który jest wyjątkowy dla mnie, czytelników, wydawnictwa, bardzo intensywny, lecz jedyny w swoim rodzaju. Wzruszam się wtedy, że gotowa książka oficjalnie wyrusza w świat i będzie tam prowadziła własne życie, niezależne ode mnie. Zawsze przygotowuję na premierę swoje pamiątkowe zdjęcie z książką i „odezwę” do czytelników. Tradycją stało się również odsłuchiwanie wtedy piosenki „Ach co za dzień” Pidżamy Porno – i tak samo podrzucanie linka do niej czytelnikom. W refrenie padają słowa: „Ach co za dzień/Dzień, w którym grzeszą nawet anioły/I nawet niebo/Wydaje się być tak niedaleko”.

W 2019 r. miałam świetną premierę „Kolekcjonerki” w Domu Literatury w Łodzi. Na tamtejszej scenie stanął drążek do pole dance i odbył się występ duetu profesjonalnych tancerek – wręcz akrobatek – nawiązujący do głównych bohaterek i klimatu książki, przez wielu wspominany do dziś… Kiedy sytuacja na świecie stanie się bezpieczniejsza, i nie będzie grozić nagłym odwoływaniem wydarzeń, mam nadzieję, że będziemy organizować wokół książek równie ekscytujące imprezy, ha, ha.

BS: Czy bierzesz pod uwagę napisanie czegoś w duecie?

MM: Od wydania mojej drugiej książki, a na koncie mam ich teraz sześć, współpracuję z tą samą redaktorką. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś inny „dotykał” mojego tekstu (wzdragam się na samą myśl) i w niego ingerował w podobnym zakresie. Moja redaktorka potrafi, kiedy trzeba, pokazać charakterek, a kiedy trzeba, odpuścić. Jednak zdarza się, że ja nie potrafię odpuścić…

W pisaniu jestem perfekcjonistką i nie wiem, kto inny byłby skłonny razem ze mną cyzelować detale, dopóki tylko jest to możliwe. Zresztą, stworzyłam charakterystyczny styl i miałabym go porzucić na rzecz duetu? Poza tym lubię myśl, że to ja jestem z tekstem najsilniej związana od początku do końca pisania. Po oddaniu go wydawnictwu i tak zaczyna się gra zespołowa, w której kompromisy są konieczne. Czy jestem gotowa na jeszcze więcej kompromisów, których wymagałby duet? W tym momencie nie, ale nie chcę się zarzekać, że nigdy nie będę gotowa, i na żadnych warunkach, bo kto wie, co los przyniesie…

BS: Czy masz jakieś rytuały podczas pisania?

MM: Nie mam żadnych ciekawych rytuałów. Dawniej więcej kombinowałam z zachciankami, a to wcale nie było mi potrzebne, co wyszło na jaw, kiedy zaczęłam zdrowszy tryb życia. Teraz jedynie, żeby wczuć się w atmosferę opisywanego dzieła, często szukam i słucham podobnej do niego muzyki.

Bardzo dziękuję Autorce za rozmowę!

Sztuka prowokowania

Leave a comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.